Bloog Wirtualna Polska
Jest 937 741 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Potrzeba nienawiści

niedziela, 21 listopada 2010 18:59

Kiedy tylko widzę przekreśloną na murze „elkę”  <L>, wiem, że gdzieś tu w pobliżu musiał być całkiem niedawno jakiś zdeklarowany fan Lecha Poznań.  A tych w moim regionie nie brakuje.

To iż nie mieszkam w Wielkopolsce nie stoi na przeszkodzie kibicowaniu „Kolejorzowi”. W prawdzie Mistrzów Polski dumnie wspiera większość 40 milionowego narodu, który z nieukrywaną satysfakcją może poszczycić się zwycięstwem nad angielską potęgą- milionerami z City of the Manchester Stadium oraz remisem z legendą włoskiej piłki:  Juventusem Turyn, ale tu, w zachodniej części kraju żyją szczególnie zawzięci ludzie.

Ludzie, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, jak jednym gestem zdradzają swoją osobowość…

Łatwo bowiem natknąć się tutaj na tzw. „szalikowców”.

Szaliki Lecha Poznań posiada ok. 40 % społeczeństwa. Uzupełnieniem pełnej stawki są fanatycy regionalnego klubu żużlowego- Falubazu Zielona Góra.

Dlaczego fanatycy a nie normalni fani? A no dlatego, że większą radochę sprawiają im porażki lokalnego wroga- Stali Gorzów, niż własne zwycięstwa…

Wieczna wojna niestety przesłoniła ludziom oczy.

Podobne klapki na ślepiach od lat noszą fani Barcelony oraz Realu i jak widać wcale im to nie przeszkadza.

Wracając do wątku Lecha nie trudno domyślić się kogo i właściwie za co mogą nienawidzić kibice poznańskiego klubu.

„-Tu nie Poznań, ani nie Warszawa, ale ciągła walka-honorowa sprawa!”- tak oto brzmi popularne motto Lubuszan.

Legia Warszawa- to wróg publiczny nr 1 wśród zagorzałych „Lechitów z lubuskiego”. „Legionistów” nie znoszą bardziej niż kogokolwiek innego na świecie, a więc standardem są dziesiątki przekreślonych na murach „Elek” i wielu podobnie obraźliwych symboli.

„Jesteś stąd? – Masz kibicować Lechowi!”

Ja osobiście nie mam z tym problemu. Lecha wybrałabym i tak i tak… w końcu to jedyny silna i ustabilizowana marka w polskiej piłce, która  w dodatku świetnie promuje naród na europejskiej arenie.

Ciekawe tylko, że 10. lokata w ligowej tabeli nie martwi fanatyków tak bardzo, jak pozycja wicelidera zajmowana obecnie przez Legię...

Ironią całej tej sytuacji jest to, z jakiego powodu Warszawiacy z Łazienkowskiej spotykają się w Poznaniu z taką niechęcią ( a zresztą – wzajemnie) .

Przekonałam się już, że w życiu nie zawsze liczy się cel. Czasami ważniejsze są półśrodki.

Tyczy się to zarówno Hiszpanów ,Anglików, Niemców i wszystkich pozostałych nacji…

Każdy ma swoją „świętą wojnę” , której nigdy nie wypada przegrać.

Arsenal przegrał derbowy mecz z Tottenhamem, Bayern Monachium nadal zawodzi w rozgrywkach Bundesligi, zaledwie remisując z odwiecznym pretendentem w walce o tytuł- Bayerem Leverkusen, natomiast na potyczkę „Królewskich” z „Katalończykami” czeka z niecierpliwością cały sportowy, już nawet nie piłkarski, świat. Nie ma bowiem nic bardziej żywiołowego i elektryzującego niż słynne „Gran Derbi”.

Oczywista rzecz, iż żadna ze stron nie znajdzie choć odrobiny czasu na rozwiązanie kłopotliwego sporu.

Może to i lepiej… W końcu nienawiść jest człowiekowi koniecznie do życia potrzebna!



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,328164164,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Cudu nie było...

niedziela, 17 października 2010 19:02
 

„- Stał się cud!"- usłyszałam przypadkowo wracając autobusem do domu.  Vis- a- vis mojego miejsca siedziało dwóch dostojnych panów i najwyraźniej toczyli ze sobą bardzo interesującą wymianę zdań.

Oparłszy się wygodnie, obserwowałam , a raczej nasłuchiwałam, co wkrótce się wydarzy.

Otóż szybko zorientowałam się, że owi mężczyźni rozmawiają o jednej z najważniejszych dla nas Polaków kwestii, mianowicie-Mistrzostwach Europy 2012, których za niespełna 2 lata będziemy gospodarzami wraz z Ukrainą.

Podczas tych burzliwych dywagacji padło stwierdzenie „cud"- słowo, które mnie osobiście strasznie zaintrygowało.

„O jaki cud może im chodzić?!"

Podsłuchiwałam więc dalej.

„-No zobacz! A mówiłeś, że na to całe Euro nie mamy szans, że nie wybudujemy, bo niby za co, a jak nawet zaczniemy, to  nie zdążymy, albo, że stworzymy jakieś partactwo . No i proszę! Stadiony rosną w oczach, autostrady pomalutku, na hotele w ogóle nie mamy co narzekać, a inne niedociągnięcia da się jeszcze podreperować.  Mamy czas!"

„-Tylko, że nasza reprezentacja nie ma już czasu!"

„-Oj, nie ma , nie ma..."

„-A widziałeś co oni ostatnio wyrabiali?! To dopiero było partactwo!"

W tym momencie iście patriotyczna rozmowa dobiegła końca, bowiem obaj panowie wysiedli z autobusu. Chętnie dowiedziałabym się, na czym ostatecznie stanęło, albo chociaż dorzuciłabym swoje 3 grosze, jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że żaden z rozmówców nie miałby ochoty prowadzić ze mną równie ożywionej dyskusji...

Fakt faktem, że z polską piłką musi być naprawdę żle, skoro staje się ona synonimem partactwa. Wciąż daleko nam do światowej czołówki, a najdalej to chyba do tej europejskiej, gdzie nie możemy nawet znaleźć godnego sparing-partnera. Z  przykrością przychodzi mi poprzeć stanowisko byłego selekcjonera biało-czerwonych- Leo Benhackera i z bólem serca wyrzec, iż nonsensem wydaje się zgłębianie tajników gry drużyn spoza naszego kontynentu. Holender znowu ma odrobinę satysfakcji... Ekwador raczej nie zawita na europejskich salonach...

Za to zespoły z bardziej wygórowanymi ambicjami niż piłkarze Smudy , walczą o przepustkę na polsko-ukraińskie Euro. „Walczą" i to na całego, ale chyba nie warto wracać do sprawy serbskich pseudokibiców, bo jakoś dziwnie nachodzi człowieka małe deja vu...

Cieszy zaś forma medalistów afrykańskiego mundialu. Mistrzostwa w prawdzie zakończyły się dobre 3 miesiące temu, ale jak widać, Ci którzy nie zawodzili na boiskach RPA, w dalszym ciągu nie zawodzą...

Duet z Polski strzelił gola. Szkoda, że nie dla ojczystego kraju... Łukasz Podolski i Miro Klose znów na tapecie futbolowego świata .

A przy okazji reprezentacji Niemiec! Podopieczni Joachima Loewa  gładko rozprawili się z Kazachstanem (3:0). Chciałoby się bić brawo, chociażby za kolejne trafienie Klosego, nieuchronnie przybliżające go do pobicia „nieziemskiego" rekordu Gerda Mullera., lecz tym razem powstrzymam się od euforii . Może gdyby napastnik Mannschaftu zachował podobną skuteczność na występy ligowe, byłabym skłonna zdjąć czapkę z głowy, ale cóż... Klose wciąż musi coś udowadniać. A choćby osobom mojego pokroju... Mirek! Udowodnij raz a pożądanie, że nie jesteś jakimś tam średniakiem!

Optymistycznie patrząc Portugalia i Francja wreszcie wygrzebały się z pomundialowego kryzysu.  Słowo  „wygrzebały się"   jest chyba grubo przesadzone ... przecież jeszcze nic nie jest rozstrzygnięte!

Dobitnie przekonał się o tym chociażby trener Anglików- Fabio Capello. Synowie Albionu pomęczyli się z rewelacją eliminacji- Czarnogórą ,  dając krajowej prasie świeżą pożywkę i pretekst do psychicznego maltretowania pana Capello. Mhh...Włoch ma tam naprawdę ciężkie życie...

Stadion Wembley. I pomyśleć , że i on kiedyś był dla nas szczęśliwy... Z naciskiem na „kiedyś"... 37 lat temu...

Na króla strzelców eliminacji Euro 2012 wyrasta napastnik Schalke Gersenkirchen- Klass Jan Huntelaar. Popularny „Hunter" trafia z regularnością godną pozazdroszczenia... To on, a nie Raul wybawia niemieckie Schalke z opresji. W meczu ze Szwecją był niezastąpiony.

„Jestem w nieprawdopodobnej dyspozycji" - powiedział po tym spotkaniu sam zawodnik.

Selekcjoner Holendrów ujął to  z grubsza inaczej : „Moi chłopcy rozegrali fenomenalny mecz. Praktycznie idealny!"

Eh!- wzdycham... Ciekawy ile nam przyjdzie poczekać na podobne słowa z ust Franciszka Smudy. Pewnie długo, bo jak wiadomo, w polskiej piłce cuda się nie zdażają...



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,6501753,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

15 lat temu...

czwartek, 16 września 2010 15:46
 

15 lat temu w finale Ligi Mistrzów zagrali piłkarzy włoskiego AC Milanu i holenderskiego Ajaxu Amsterdam. 23-krotnym Mistrzom Holandii zwycięstwo zagwarantował cudowny gol Patricka Kluiverta-  póżniejszej gwiazdy Barcelony i reprezentacji Oranje. Niespełna 19-letni wychowanek amsterdamskiej szkółki wspaniale przypieczętował tryumfalny powrót europejskiego giganta na szczyt elitarnych futbolowych rozgrywek, a tym samym utorował sobie drogę do międzynarodowej kariery.

 Podczas tego pamiętnego finału, płaczący ze wzruszenia Kluivert, nie mógł nawet przypuszczać jak  dalej potoczy się jego życie... Nie z pewnością nie przypuszczał, ze za 3, 4 lata to właśnie on będzie decydował o losach drużyny narodowej na arenach Mistrzostw Świata i Europy. Do dziś pamiętamy o jego genialnej postawie na mundialu we Francji, do dziś wspominamy główkę w meczu z Brazylią. Strzeleckich  popisów Kluiverta do dziś nie wyrównał żaden gracz „Pomarańczowych"...

Gol z finału Ligi Mistrzów w 1995 r. dokładnie pokazał, kto będzie najlepszym napastnikiem nadchodzących czasów. Arcyważne bramki, Kluivert zawsze potrafił zdobywać. To trzeba mu przyznać.... Nie istotna była forma... nogą, głową- wszystko jedno. Wybornych sytuacji „Black Magic" nie zwykł marnować.

Dlatego też najsmutniejszy wydaje się być fakt, iż Patrick nigdy nie doczekał się iście godnego ukoronowania piłkarskiej działalności.  Cóż z tego, że zagrał w półfinałach MŚ '98 I ME'00, skoro swój wielki potencjał musiał zachowywać jedynie na  tzw. mecze pocieszenia. A przecież finał Euro w ojczystym kraju był tak blisko... gdyby tylko wykorzystał karnego....

Na kolejnych Mistrzostwach Świata w Korei/Japonii  zabrakło całej kadry Oranje. Szkoda, że tak utalentowany napastnik nie mógł pokazać światu kolejnych perfekcyjnych strzałów i bramek...

Przegrane kwalifikacje całkowicie zmieniły obraz dotychczasowej formy bohatera finału Ligi Mistrzów. Ławka rezerwowych, słaba skuteczność, coraz słabsze kluby i ucieczka spod prasowej gilotyny. Los był naprawdę okrutny w stosunku do jego osoby. Reprezentacyjna emerytura w wieku 27 lat (!!!) i powszechne zapomnienie, spowodowane napływem nowych, świeżych wilczków z szeregów młodzieżowej szkółki, w której niedawno on sam zdobywał pierwsze, profesjonalne szlify.

Dziś owe „młode wilczki" mają szansę dorastać pod skrzydłami najlepszych trenerów, menedżerów, rehabilitantów, wspinając się na szczyty, które niegdyś zostały zdobyte przez „Black Magica".

15 lat to dużo czasu. Przez te 15 lat „wielki Ajax" zdążył upaść na europejskie dno, jak i szybko otrząsnąć się z przeżytej traumy. Próby powrotu do fazy grupowej Champions League w końcu przyniosły zamierzony efekt i to wcale nie za sprawą jakiegoś nowego, „pomarańczowego" talentu, ale za przyczyną geniuszu pewnego urugwajskiego snajpera - Luisa Suareza.  

Oczy całego świata skierowane są teraz na Króla strzelców Eredivisie, a przede wszystkim na jednego z najcenniejszych ogniw drużyny „Celestes". 

Ajax to nie ten sam Ajax, co 15 lat temu... Nie ma już Huntelaara, Sneijdera, Heitingi. Dorośli... i na dzień dzisiejszy „ratują tyłki" klubom z innych lig. Może owe gwiazdy, gdzieś podświadomie,  żałują, że  nie wezmą odwetu  na byłych pracodawcach z Realu, czy Milanu. Zemsta przecież smakuje tak wybornie...

Ajax, wracając do elity, musi stawić czoła lanserom z najwyższej półki. Ajax musi przede wszystkim podjąć walkę. Ajax musi przypomnieć sobie o swojej bogatej  historii . Ajax musi coś zrozumieć. Zrozumieć, dlaczego 15 lat temu, Patrick Kluivert płakał ze szczęścia...



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,6400942,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wyznanie "pomarańczowe"

niedziela, 22 sierpnia 2010 21:29

 

Może i nie jestem, a może i nigdy nie będę tak znaną i szanowaną osobą, jaką jest pan Stefan Szczepłek, ale ja także mam prawo do wyrażania własnych opinii. Ja także mam prawo do subiektywnych obiekcji. I ja to prawo w pełni wykorzystuję.

Bo jestem subiektywna jak cholera. Wystarczy, że ktoś, albo coś nadepnie mi na odcisk, a ja już potrafię pamiętać i wypominać do końca życia. Ot, trudny charakter...

Wracając do sprawy pana Szczepłka (?) mogę być tylko pod wrażeniem jego piłkarskiej wiedzy i dziennikarskiego talentu, co wcale nie oznacza, że muszę go od razu uwielbiać. Człowiek wprawdzie, przez cały miesiąc, udzielał się w mundialowym studiu TVP, człowiek ciekawie opowiadał, przytaczał nieznane, zwykłemu śmiertelnikowi , fakty, potrafił zaintrygować ilością gadżetów, koszulek, starał się, a ja i tak miałam do niego jakieś „ale"....

Że niby się wymądrza, że niby coś rzekomo neguje, a tak naprawdę chodziło o to, że nie umiałam pogodzić się z jego przekonaniami. Bo wcale się nie wymądrzał- opowiadał świetnie i ciekawie. Tylko czasem zbyt subiektywnie. Ciągle powtarzał, że jest „wyznania brazylijskiego".  Że niby kocha reprezentację Brazylii nad życie, że grają najlepszy futbol świata i nikt, nigdy im nie dorówna.

Poczułam w nim wroga.

Nigdy nie lubiłam Brazylii.

Nigdy nie robiły na mnie wrażenia takie nazwiska jak chociażby Cafu, Ronaldo, Dunga, Ronaldinho, Emerson.

Nigdy.

Szacunek to co innego.... Ja mogę jedynie ich „szanować". Szanować za dokonania, za to, ile radości dali ludziom z najdalszych zakątków świata. Szanować za pięciokrotny tytuł Mistrza Świata. Szanować za Pelego, za Garrinchę.

Bo historii należy się ogromny ukłon. Do dziś została ona wyznacznikiem  egzystencji....

Kibicem jest się z powołania. Jeżeli się komuś kibicuje, to nie z powodu  nowych trendów, lecz z głębszego poczucia przynależności do którejś z drużyn. Pan Szczepłek taką przynależność poczuł do zespołu „Canarinhos". Wolna wola.

Szkoda, że ten wybór nas poróżnił. Ale idąc śladami tego wybitnego dziennikarza, chciałabym równie szeroko ogłosić swoją przynależność.

-A więc.... Jestem wyznania „pomarańczowego".

-Jakiego?

-No „holenderskiego"...

-Dlaczego?

Ano powodów jest wiele, a jednej dogłębnej odpowiedzi nie ma.

Przede wszystkim Holandia to kraj z duszą. Mały, ale za to jakże urodzajny ... Obfitujący nie tylko w piękne tulipany, lecz przed wszystkim w cudowną generację piłkarzy. W generację, która trwa, co dekadę. Nie było jeszcze bowiem przypadku, aby Holendrzy nie posiadali utalentowanych piłkarzy. Kończyło się pewne pokolenie. OK. Koniec. Ale nadchodziło nowe. Dla niektórych lepsze, dla niektórych nieporównywalne z niepowtarzalną „jedenastką Michelsa".  I tak już od ponad 40-stu lat. Za Holandią murem stoi wielki Ajax, dwa tytuły Wicemistrzów z lat '70, trener stulecia- Rinus Michels, Mistrzostwo Europy '88 i klęski....

Tylko co ja mogę o tym wiedzieć? Niewiele...  Pan Szczepłek pewnie wygłosiłby tu cały wykład....

Nie obserwując tego na własne oczy , powtarzam  jedynie wyklepaną tezę. Że Holandia to w latach '70 Holandia była potęgą. Że stworzyli najpiękniejszy styl gry- „futbol totalny". Że byli królami niemieckich i argentyńskich boisk podczas mistrzowskich turniejów, które zawsze niesprawiedliwie przegrywali w finałach.... Że mieli sławy : Cruyffa, Repa, Neeskensa, Rensenbrinka, Krola. Ich twarze znam tylko z obrazków książki „1000 piłkarzy". Nie wiem, jaki mieli styl gry, jak uderzali, jak się zachowywali, jakimi byli ludzmi... Pozostali legendą.... 

Szkoda, że nie żyłam w tamtych czasach, tak jak np. pan Szczepłek...

Nie mogę też cieszyć się z Mistrzostwa Europy w 1988 r.. Nie mogę, bo po prostu nie wiem, jak zostało ono wywalczone.... Same nazwiska: Koeman, van Tiggelen, Rijkaard, Gullit, van Basten, nie oddają tego, co działo się na stadionach RFN. Urodziłam się w latach '90, więc i ta dekada gdzieś umknęła mi z racji wieku. Oczywiście, potrafię przypomnieć sobie pojedyncze fragmenty, ale i te przez gęstą mgłę... bardzo gęstą....

Nie pamiętam mundialu we Francji, choć z opowieści brata wynika, że był on doskonały! Palce lizać. Kwintesencja futbolu.... Nie wątpię, teraz to i ja mogę się wymądrzać. A do tego Holandia miała znakomitą kadrę: van der Saar, Stam, de Boer, Numen, Cocu, Davids, Overmars, Bergkamp, Kluivert- ikony dekady.  Najgorsze, że ja ich nie pamiętam.... Żałuję, że między mną, a bratem jest różnica aż siedmiu lat... Gdyby wynosiła chociaż 2, 3 lata, możliwe, że utkwiły by w mojej pamięci owe najistotniejsze szczegóły... A tak, najpiękniejsze akcje tego okresu pozostaną  w sferze ciągłego, niezadowalającego  wałkowania na YOU TUBIE...

Terazniejszość... Ach, XXI wieku! Dobrze, że jesteś, że ja jestem! Od tego momentu nie ucieknie mi żaden szczegół!

Miłość do „pomarańczowych"- temat przewodni. A więc, przyznam się bez bicia: w 2006 r. nie należałam do wielkich fanek „Oranje" ( i słusznie, bo odpadli już w 1/8)ale już podczas Euro 2008 rozpoczęły się pierwsze symptomy mojej miłości. No bo kto wtedy nie kochał Holandii?!!! - głównego pretendenta do złota, drużyny prezentującej genialny, dla oka, futbol. Wtedy jeszcze nie mówiło się o Hiszpanii --- „Mistrz!". To Holandia miała być Mistrzem!!! Chyba wszyscy byli o tym przekonani...  Europejskie piłkarstwo leżało u stóp Holendrów! Bo we wspaniałym stylu rozgromili Mistrzów i Wicemistrzów Świata. No i co?!!! Nagle, zupełnie niespodziewanie, zakończył się piękny „sen o Victorii". I to w sposób brzydki, niechlujny, niegodny.... Holandia pojechała do domu, zalana łzami, po fatalnym ćwierćfinale. Po parszywym i ohydnym ćwierćfinale z Rosją.

Jestem subiektywna jak cholera. I jeżeli ktoś, albo coś nadepnie mi na odcisk, potrafię pamiętać i wypominać do końca życia. Rosja nadepnęła na ten odcisk. Bardzo boleśnie nadepnęła...  Nie ważne, że wygrali zasłużenie, ze Holendrzy, przez cały mecz, czołgali się na kolanach, a ja razem  z nimi.

Beczałam, pełna wściekłości i nienawiści do tej rosyjskiej rasy.

Mówię o sobie „katoliczka", a wyznaję publicznie nienawiść. Tak, sport zmienia człowieka nie do poznania. Osobiście, nie należę do osób, po których wszystko spływa jak po kaczce. Nienawidziłam, nienawidzę i będę nienawidzić jeśli oczywiście zajdzie taka potrzeba. Potrzebę trzeba poczuć....

Poczułam, że kiedyś nadejdzie czas zemsty... Zemsty na tym całym niesprawiedliwym świecie. Wierzyłam, że los, nie bez powodu, napisał tak okrutny scenariusz, a co ważniejsze, postawił go na pierwszym planie mojej sportowej mentalności. Wierzyłam, że w końcu przyjdzie moment holenderskiej chwały. Że „Oranje" wreszcie skończą z rozczarowaniami!

Nie wiem z czego to wynika, że bez względu na rozmiary popularności, a przed wszystkim wrodzonych umiejętności, piłkarze z „kraju tulipanów",  zawsze odpadali w najmniej korzystnym punkcie turnieju. Ćwierćfinał, półfinał- wszystko jedno. O finale mogli tylko marzyć... Niesprawiedliwe, prawda?

Jednakże, kibicem jest się na dobre i na złe.

Ja tych porażek z nimi nie przeżyłam. Może i lepiej, bo ta jedna z 2008 roku odbiła na mnie druzgoczące piętno.

Bez względu na wątpliwy wymiar sprawiedliwości, o historii nie można zapomnieć!

I ja nie zapomnę, choć nawet nie mam z nią nic wspólnego...

Mogłabym równie dobrze kibicować Niemcom. Utytułowanym, spełnionym Niemcom. Mogłabym podziwiać „brazylijską sambę" i „argentyńskie tango".

Nie chcę.

Tak, jak mówiłam, to wynika z głębszego poczucia przynależności

Czas odwetu i zemsty nadarzył się na mundialu w RPA.  Moim pierwszym, tak emocjonalnie przeżytym, mundialu. Emocji z pewnością nie brakowało.  Ale ja i tak byłam zaślepiona Holandią. Co nie oznacza oczywiście, że wrażenia nie robiła na mnie gra walecznych Urugwajczyków, młodych Niemców, czy ambitnych Ghańczyków.  Robiła, lecz wierne serce potrafiło żywo reagować jedynie na słowo : „Holandia", czy widok „pomarańczowych wybawców".  Na widok Robbena, o którego istnieniu dowiedziałam się wczesną wiosną, podczas genialnych rozgrywek Ligi Mistrzów, a już zdążyłam zakochać się w jego piłkarskich zdolnościach.  Identycznie na widok van Persiego- mojego ulubionego Kanoniera, czy Sneijdera- człowieka spełnionego cudzym kosztem (BayernuL...)- ale jak takiemu nie darować. Na widok Kuyta- stałego pracusia. Na widok Stekelenburga- silnego, mężnego bramkarza. W nich wszystkich widziałam niezłomnych bohaterów. Wierzyłam, że poczciwy van Marwijk złoży z tych klocków trwałą i stabilną układankę, a ja w końcu będę miała na kogo liczyć.

Holandia to Holandia. Talentów nie brakuje. Wystarczy wykrzesać maksimum z minimum. Zastanawiano, czy tak „bezbarwny" człowiek, jak Bert van Marwijk, zdoła ujarzmić diabelskie charaktery swoich podopiecznych. A jednak podołał on trenerskim zadaniom i „rozbroił tykająca bombę". Chwała mu za to!

Zemsta w Afryce udała się połowicznie. Wprawdzie „Oranje" udowodnili, jak daleko można zajść siłą pracy, mentalności i poświecenia, z domieszką geniuszu. Wprawdzie pokazali całemu światu niezwykłą moc zaczerpniętą z własnej tożsamości, która pokonała zadufanych Brazylijczyków, jednak holenderski spektakl nie mógł podobać się kibicom oczekującym czegoś na miarę „futbolu totalnego".  Premiera nastąpiła tuż przed mundialem, a nie na Czarnym Lądzie.  W Afryce zobaczyliśmy nowe oblicze Holandii : „Mechanicznej Pomarańczy".

Holendrzy przegrali w finale z Hiszpanami. Mecz o 3. miejsce był ciekawszy. Niestety, Niemcy na spółkę z Urugwajczykami stworzyli lepsze widowisko. Mnie najbardziej rozczarował właśnie styl porażki. Znów upokorzona, znów pałająca nienawiścią, znów niepocieszona, załamana.... Jedno, co dziwi, to mniejszy ból, niż ten zadany, dwa lata temu, przez Rosjanów. Dziwne, ale prawdziwe.

Co ważniejsze nienawiść jest i będzie. Czy to do Hiszpanów, czy do Rosjanów, czy  do Włochów ,za inny pamiętny finał MŚ 2006. Za pokonanie Francji... Pierwszy krok do obezwładniającej nienawiści...

 

Panie Stefanie Szczepłku! Jest coś, co nas łączy- pewna doza subiektywizmu. Pan, zważywszy na specyfikę wykonywanego zawodu, musi trzymać nerwy na wodzy. Ja tak nie umiem. („Człowiek  uczy się całe życie"). Jestem subiektywna jak cholera.

I oto ogłaszam, wszem i wobec, że jestem „wyznania pomarańczowego". Nie ważne, ile mam lat, ile doświadczeń i rozczarowań na barkach, ile dywagacji na koncie. Liczy się to, co jest teraz. A ja po prostu lubię patrzeć na świat przez „pomarańczowe okulary".

Panie Stefanie! Jest pan wzorem dla nas wszystkich, a w szczególności dla ambitnej młodzieży, którą pojedynczo reprezentuję. Zazdroszczę wiedzy, zazdroszczę kontaktów, zazdroszczę tysięcy spotkań z największymi sławami współczesnego futbolu, zazdroszczę niezapomnianych wrażeń. Przyszłość w młodzieży, prawda? No właśnie... Zobaczymy, czy podołamy wygórowanym wymaganiom teraźniejszości. Globalizm, panie Stefanie! Globalizm! Czasami przeraża, ale częściej pomaga. Weszliśmy bowiem w epokę globalnej strategii marketingu, którą każdy musi przeżyć na swój sposób.  Miłość do „kopanej" zostanie, choćby miała rozminąć się z dotychczasowymi standardami moralności...

P.S. A co do „wyznania", odpowiem cytatem: „No cóż, każdy rodzi się taki sam. Dopiero świat i jego hegemonia zmienia nasz punkt widzenia". Czy to, aż tak strasznie brzmi?....

 

 

 

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,6324605,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Rzut karny

poniedziałek, 02 sierpnia 2010 17:43

  Życie jest jednym, wielkim rzutem karnym. Czasami spowodowanym nienaumyślnie, przypadkowo, zupełnie paradoksalnie. Czasami z interpretacją, z zamierzonym celem, powstrzymania wychodzącego na czysta pozycję rywala, z chęcią brutalnego faulu, z pełna świadomością ewentualnych skutków. Ale bez względu na zamiary- ten, który sfaulował jest winny i nic tego nie zmieni. Odpowiedzialnością obarczy się nie tylko zbrodniarza, ale także całą resztę, dzielnie walczącej, drużyny, trenera, menedżerów.

I dopiero wtedy na placu boju zostaje dwóch kluczowych zawodników-bramkarz i egzekutor. Bramkarz, który chce, albo nawet musi, obronić wykonywaną „jedenastkę". Bramkarz, od którego psychiki zależy przyszłość. Bramkarz, którego nogi, ręce, mózg, kierowane są milionami błagalnych modłów. Bramkarz, którego, w tym momencie, nienawidzi druga połowa boiska. Bramkarz, który już wie, który już czuje, że pomoże mu albo szczęście, albo natchnienie, albo pewność siebie, a przeszkodzi-okrutny los... Na linii jedenastego metra stanie przeciwnik. Stanie egzekutor. Egzekutor, na którym spoczywa niebywała presja, a wręcz obowiązek poprawnego strzału. Egzekutor, który pragnie zostać bohaterem swojej drużyny, bohaterem swoich kibiców. Egzekutor, który jednym, bezbolesnym ruchem, może zadać decydujący cios, dla rywala, lub siebie. Egzekutor, który nie chce zawieść pokładanych w nim nadziei. Egzekutor, który może być  noszony na rękach, a równie dobrze, może spaść na dno piekielnej przepaści...

A wszystko przez jeden rzut karny.

Tyle emocji. Emocji nie da się oszukać. Są one wpisane w naszą ludzką naturę. I tak oto stajemy się marnymi marionetkami tego wyrachowanego świata. Postawieni jak pionki na pozycji zbrodniarza, bramkarza, egzekutora, kibica jednych lub drugich, ambiwalentna. Aby robić głupie błędy, aby naprawiać te błędy, aby wymierzać sprawiedliwość, aby dzielnie dopingować, aby cieszyć się z porażki drugiego, aby mieć to wszystko gdzieś... Jedno jest pewne- życie napisało ten scenariusz, nie uzgadniając z nami odegranej roli. Machina ruszyła. Kręci się już od tysiącleci i nawet piłka nożna-ten sportowy domina tor wśród dyscyplin, nie potrafi rozstrzygnąć, ani zatrzymać fali niesprawiedliwości. Mało tego-sama została w nią wciągnięta! Dlaczego więc kochamy tą sportową niesprawiedliwość? Bo w futbolu, tak jak w życiu... przeżywamy porywy, wzloty i upadki. Bo tam nie da się uniknąć problemów, dylematów, trudnych decyzji. Ale w końcu i tam króluje jakaś hierarchia. Niektórzy są po prostu skazani na sukces, niektórzy na porażkę. Łączy ich walka...

Piłkarskie boisko jest jak scena w teatrze. Panują na nim takie same prawa, takie same zasady. Po zgaśnięciu świateł, po opadnięciu kurtyny, po ostatnich bisach, okrzykach, oklaskach, aktorzy, w tym przypadku piłkarze, schodzą do szatni zupełnie niezauważeni. Z własnym sumieniem, osądzeni przez widownię, z pozytywną lub negatywną oceną za dzisiejsze przedstawienie. Żyją dalej.

Życie to jeden, wielki rzut karny. Czasami przyznany sprawiedliwie, czasami nie. Bijąc się z myślami, zostajemy pozostawieni w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Bo tylko od nas zależy, czy przeżyjemy to życie, tak jak należy, cz też nie...
 

Ja sama stałam się egzekutorką-chcę wyznaczać sprawiedliwość. Nie chcę już być bramkarzem, który będzie ciągle się bronił, który będzie pracował na wspólny rachunek. Cykl felietonów „Rzut karny" będzie moim autorskim dziełem. Moim osobistym osądem, rzetelną oceną sytuacji... Obserwując świat i wszystko to, co  dzieje wokół mnie zauważyłam bowiem zaskakujące podobieństwo do futbolowej rzeczywistości. O tym trzeba pisać, o tym trzeba wręcz krzyczeć.  Nie można pozostawać obojętnym  na zależności tego świata. A ja tą zależność chcę przedstawiać z własnej perspektywy. Już bez zbędnych artykułów, od których aż roi się w prasie, czy w Internecie. Nie chcę być podobna do wszystkich. Chcę się wyróżniać z tłumu.  I przede wszystkim- głosić własne zdanie, mając nadzieję, że ktoś to zdanie przeczyta, rozważy i weżmie sobie do serca...



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,6254135,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

 1234567  »

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 17 maja 2012

Licznik odwiedzin:  1 509 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

Liczy się tylko sport, czysta gra i zdrowa rywalizacja!

O moim bloogu

Sport bez ściemy...

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 13.07.2010 23:13:03
  • autor: Kuba
  • treść: Bardzo fajny blog. N...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 02.09.2011 18:10:36
  • autor: dupa jasiu
  • punkty: 1
  • treść: pierdu pierdu...

Lubię to